Antonov 225
Stoi na starcie ogromna maszyna,
lotnisko się pod nią aż jęczy,
ugina,
ludzie i auta są przy niej tak mali
i domki też
drobne widać w oddali.
Uff, jaka ciężka, z błyszczącej
stali,
piloci jak mrówki, gdy obok stali,
budynki lotniska drżą dookoła,
ach, jak spłaszczone są pod nią
koła.
Powolna na starcie, aż pędu nabierze,
podnosi się ciężko ku stratosferze,
ogromne motory ją pchają do góry,
wznosząc potwora tuż ponad chmury.
A w jej czeluściach, oprócz paliwa,
spocona olejem też lokomotywa
i nawet wagony, w nich żywność,
towary,
co może pomieścić, to nie do wiary.
Burana mogła nosić na swoim
grzbiecie,
na rampy startowe rozwozić po świecie,
zrodzona jak Feniks, bo stała
zapomniana,
a dziś pokazuje, jak jest wspaniała.
W niej czołgi i auta, ubrania,
różności,
załoga bez strachu do wysokości
cząstką jest jej techniki w kokpicie,
to ona zapewnia im zdrowie i życie.
Od dołu wygląda jak orzeł
skrzydlaty:
statecznik, sterówki i nośne płaty,
podwozie jak łapy czy orle pazury
pozwolą jej wrócić na ziemię z
góry.
Jak trzmiel ociężała, grzmiąc
motorami,
zostawia lotnisko daleko pod nami,
prowadzą do celu ją w dziobie radary,
w sterówce na mapie podane namiary.
Na dole ciekawscy z do góry głowami
patrzą, jak zniknęła, zakryta
chmurami,
czy jeszcze powróci, nikt tego nie
wie,
bo jej miejsce jest jak orła w niebie.